Menu

Bezkrwawe łowy

  • Siedzimy cichutko, przy kępie wysokich krzewów, uważnie obserwując okolicę. Słychać jak przez brzezinę przedziera się coś dużego. Ciężkie kroki na ściółce, trzask łamanych gałęzi, przewracające się drzewka. Odgłosy niepokojąco zbliżają się do nas. Piętnaście metrów, dziesięć metrów, pięć metrów… Wali prosto na nas! Aparat stoi na trójnogu niecały metr od nas, trzeba go tylko sięgnąć wymierzyć i cyk! Tu przydałoby się opanowanie, niestety – szybki ruch po aparat i nagły ruch w lasku obok, skok, popłoch – w mroku zaświeciły tylko białe badyle łopatacza…  Gdybyśmy przeczekali jeszcze chwilę, trzystu kilogramowy łoś rozdeptałby nasze posłania.To nic, do rana jeszcze dużo czasu – miejsce wybraliśmy właściwe. Księżyc zalał polanę srebrnym światłem, ale jest za ciemno żeby zrobić zdjęcie. Choć wokoło słychać tupot sarn, w oddali trzask gałęzi, pewnie kolejny łoś lub dzik, musimy przeczekać do pierwszych promieni słońca, aby coś uchwycić. Blask jutrzenki, aparat już gotowy do działania. Mamy jeszcze kilka godzin, aby zaobserwować i uwiecznić miejscową faunę w naturalnym środowisku. wybrałem się na łów „z podchodu”. W niewielkim zagajniku zobaczyłem zarys sylwetki klępy. Nie zauważony, klucząc bezszelestnie, wróciłem do Alana i wskazałem miejsce żeru, wielkiego zwierza. Krok za krokiem, uważnie, Alan ruszył na polowanie… Tym razem udało się! Choć zdjęcie nie było do końca takie, jak sobie wymarzył, to zdobył cenne doświadczenie, jak wytropić i podejść Łosia w jego naturalnym środowisku. Gratuluję Alan!

     „najlepsze zdjęcia wciąż jeszcze są do zrobienia, najlepsza książka wciąż czeka by być napisana”

         

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz