Menu

Challenge Mazury „Nie było tak źle jakby się wydawało”

  • Jest piątek po południu, nad Giżyckiem właśnie przetacza się burza śnieżna, powoli docieram do walczącej już od kilku dni z wilgocią i zimnem ekipy. Totalnie nie w temacie załapałam się na końcówkę wykładu na temat schematów zachowań w przypadku kontaktu z dzikimi zwierzętami. Wilki, niedźwiedzie, łosie, dziki – jak i dlaczego atakują?

    Jak sobie z nimi poradzić? W pośpiechu aklimatyzowałam się i próbowałam zapamiętać jak najwięcej. Koniec wykładu – czas na zajęcia praktyczne. Idziemy rozpalać ogień– o losie – przecież ja nie mam na ten temat bladego pojęcia. Ruszyliśmy brzegiem jeziora w poszukiwaniu wszystkiego co mogłoby posłużyć za podpałkę. Nasz numer jeden „puszek” z pałek wodnych plus kora brzozy i efekt (prawie) gwarantowany. Mamy co podpalać, tylko czym to zrobić. No jak to czym? Krzesiwem.Fajny gadżet, ale nie tak łatwo je obsłużyć żeby dało iskrę. O poszła! No to teraz trzeba się konkretnie nadmuchać i jest szansa na ogień. Podczas gdy my na brzegu jeziora toczyliśmy walkęo ogień,na pobliskim kanale zwaliło się drzewo – blokując go i uniemożliwiając rybakom powrót do domów. Jest akcja, a my akurat przypadkiem jesteśmy niedaleko. No to idziemy sprawdzić co się stało. Jest kanał, jest zwalone drzewo i jest nasz rzeczony rybak. Tylko jak je podnieść. Chłopcy zrobili szybki rekonesans, rzucili kilkoma totalnie niezrozumiałymi dla mnie słowami. W ruch poszły siekiery, maczety, liny… Potrzebne ręce do liny – czas na mój surviwalowy debiut. Po ok. 30 min akcja zakończona sukcesem – kanał odblokowany – pan rybak prze szczęśliwy. Gratulacje. Wspaniałe zespołowe działanie!Robi się ciemno, a my nadal nie mamy ognia. Tym razem zadziałamy szybciej: glukoza w proszku plus nadmanganian potasu – daje szybko –piękną –choć krótkotrwałą iskrę. Walczymy dalej. Już prawie się paliło, gdy w obozie wybuchła raca, a nas otoczyło czerwone światło. O co chodzi? Dobiegamy na miejsce: rozbite auto, kierowca uwięziony, 3 pijanych gapiów twierdzi, że w aucie były dwie osoby –tylko gdzie ta druga. Dzielimy się na zespoły. Pierwszy zajmuje się kierowcą, drugi rusza na  poszukiwanie zaginionego poszkodowanego. Jest już prawie ciemno, a to zdecydowanie nie ułatwia. Po kilku minutach z auta dobiega krzyk. Okazuje się, że drugi poszkodowany jest z tyłu auta – wciśnięty za przednie siedzenie. Nie wygląda to dobrze, a na dodatek koleś nie oddycha. Zaczynamy działać – 15 min i mamy obu poszkodowanych na zewnątrz. Udało się! W międzyczasie zrobiło się zupełnie ciemno i zimno. Zaczęło konkretnie sypać śniegiem. Musimy rozpalić ognisko i przygotować schronienia od wiatru. Do tego posłużą nam pałatki, które  mamy w obozie, trzeba tylko przygotować odpowiednią ilość drewnianych śledzi i kołków. Krótki instruktaż Łukasza – noże w ręce i strugamy. A, że w grupie siła idzie nam sprawnie i radośnie. W końcu ogień płonie, a my siedzimy schronieni – czas na relaks. Jak się okazało miała to być moja pierwsza (w takich warunkach) noc pod gołym niebem – no i proszę jest wyzwanie!No nie powiem, mogłam trafić lepszą pogodę na debiut. Zabezpieczyliśmy nasze pałatki. Koc – karimata – śpiwór i  warstwa izolująca. Zdejmujemy zbędne ubrania (jakby jakieś były zbędne w taką pogodę) – zostajemy tylko w bieliźnie termicznej – nie ma co  zmuszać organizmu do produkcji większej niż konieczna ilości ciepła. Budujemy nodie – typ ogniska, który wykonuje się z grubych kłód drewna. Jak się okazuje jest ona doskonałym źródłem ciepła, które potrafi oddawać nawet przez kilkanaście godzin, żarząc się powoli. Trochę nie wierzę, że będzie mi tu ciepło! Wsuwam się w śpiworek – no to dobranoc! Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Budzi mnie dreszcz zimna – a jednak. Wychylam głowę ze śpiwora – wkoło i na mnie masa śniegu. Chowam głowę szybciej niż ją wystawiłam. Przez kolejne kilkanaście minut – przewracam się z boku na bok – co wcale nie jest takie proste. Wydaje mi się, że mija wieczność. Czekam, aż się rozwidni. Wkoło słychać jedynie pochrapywanie chłopaków – szczęściarze! Obudził mnie głos Łukasza, mówiący, że mogę iść do namiotu się ogrzać. Wychylam głowę ze śpiwora – jest już widno. A Kacper i Łukasz kręcą się już po obozie. Musiałam jeszcze przespać kilka dobrych godzin. Rewelacja!Wyszłam za śpiwora, a wkoło tona śniegu. Namiot, w którym miałam spać zwalił się pod ciężarem śniegu – dobrze, że mnie w nim nie było. No, ale że jak to na TooleySurvivalu nie ma o**** się, szybkie śniadanie i AKCJA! Nieostrożny – pijany kierowca i kolejni ranni w obozie. Tym razem do zabezpieczenia mamy czterech poszkodowanych. Naszemu zespołowi tafia się przygnieciony autem do drzewa Krzysiek – trzeba, no trzeba mu pomóc. Szybki wywiad, badanie urazowe i zabieramy go stamtąd. Zabezpieczamy, przykrywamy folią NRC, a Łukasz obwieszcza koniec akcji. Plus jedno życie na naszym koncie. Nie zdążyłam dobrze ochłonąć, a już siedziałam w aucie. Pora na szkolenie z obsługi pojazdu 4×4 w warunkach zimowych. Oj, gdyby Andrzej wiedział z kim ma do czynienia pewnie nie odważyłby się oddać swojego auta w moje ręce. Odpalam – sprzęgło – gaz … o kurcze … ruszyło! No to w drogę. Po drodze szybki instruktaż. Idzie jak marzenie. Wróciliśmy do obozu, właśnie rozpoczynało się szkolenie z ratownictwa nurkowego. Na początek teoria. A po niej prawdziwa Próba lodu (w tym roku wyjątkowo bez lodu), ale za to w konkretnie zimnej wodzie. Klaudia i Kuba zadebiutowali w roli morsów. Wdech – wydech i wylądowali w jeziorze. Lekka konsternacja wymalowała im się na twarzach – no i jak się okazało, nie było tak źle, jakby się wydawało. Próba zaliczona – zuchy! Czas na prawdziwe ratownictwo: w roli ofiary tym razem Justyna i jej suchy skafander, w roli ratownika Filip. Mimo, że ofiara stawiała opór – cała akcja przebiegła bezbłędnie. Co prawda na brzegu okazało się za płytko dla nurka – z pomocą przyszli niezawodni obozowicze. Na koniec naszych zmagań czekały nas zajęcia linowe. Samodzielnie zmontowane z pasów uprzęże okazały się rewelacyjnym zabezpieczeniem. Liny co prawda trochę nie współpracowały, a my się trochę nagimnastykowaliśmy zanim udało nam się wspiąć po nich na drzewo. Ale było warto. Jeszcze trochę teorii i kilka węzłów do przećwiczenia – bo Marcin przecież nie odpuści! No i czas na zasłużoną kolację… Jak się okazuje na survivalu nawet gotowanie jest znacznie przyjemniejsze niż w rzeczywistości.  Otwieramy rację żywnościową (ARPOL). Bierzemy bezpłomieniowy podgrzewacz chemiczny, wkładamy do niego puszkę z naszym daniem, zalewamy saszetką z wodą do podgrzewacza – zakręcamy i czekamy k.. 12 min. W tym czasie możemy przegryźć suchara z dżemem. Nie proste? To już koniec naszej przygody z survivalem. Od dziś Mazury będą nam się kojarzyły nie tylko z latem i żaglówkami, ale i wilgocią, błotem, śniegiem i mrozem. Spędziłam tam 2 dni w czasie których trzeba było pokonać nie tylko zadania przygotowane przez organizatora, ale przede wszystkim musieliśmy pokonać siebie. Podjęliśmy to WYZWANIE i zwyciężyliśmy!

    Eliza Czyżewska

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz