Menu

Jordania rowerem – dziennik z podróży cz. II

  • fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Poranek i kolejny dzień nowych doświadczeń. Wykopałem dołek na głębokość łopatki ogrodniczej i piach robił się mokry.. Kilka metrów głębiej mógłby być nawet ciek wodny! Dużo wody kapilarnej pod powierzchnią, można pozyskiwać wodę przez destylarki efektywniej niż   nas. W oazie dużo śladów jaszczurek i skarabeuszy, wokół mojego śpiwora i namiotu Norberta. Musieliśmy być nie lada atrakcją dla stworów nocy. Wokół tamaryszku pojedyncze pszczoły i , o dziwo, ważka! (skąd ważka na pustyni? Ani chybił gdzieś jest lub było  naprawdę mokro). Pojedyncze sztuki komarów. Przepychamy rowery przez ślady terenówek na środku pustyni (jesteśmy 30Km od najbliższych zabudowań, a przed nami blisko 100Km niczego) i zjeżdżamy na dno uedu.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Dnem da się jechać i to całkiem wygodnie. Co jakiś czas weryfikujemy położenie. Okolica to labirynt dolin poprzecinanych mini dolinami, przełomami rzek i strumieni okresowych. Przy wjeździe do „doliny śmierdzi”(„śmierć” brzmiała zbyt realnie w tych okolicznościach, a „śmierdź” nie wydawało się tak gardłowe) spotykamy Beduinów. Oni już nie jeżdżą wielbłądami, jeżdżą terenówkami! ..i terenówkami pędzą wielbłądy. Mówią, żeby nie wjeżdżać do doliny. Pokazaliśmy palcem, którym „ładi” (ang. Wadi, pol. Ued) chcemy jechać. Popatrzyli na siebie, na nas i pomachali ręką w wyrazie negacji „la, la” , kalambury, arabski „szłej szłej”, angielski i dali nam jeszcze butelkę butelkę wody. Zawsze bierz wodę gdy masz okazję.

    Wjechaliśmy do doliny. Jedziemy brzegiem uedu, a tu stado żywych, dzikich wielbłądów!  Co za napięcie, niby jak w zoo, ale kopa można dostać, szczególnie, że tam matki z dziećmi biegły. W drodze wymieniamy się spostrzeżeniami z Norbertem. Pierwsze „pinezki”( małe „kwiatuszki”z kolcami do góry, kolce do 7mm – każda ma szansę zostawić przynajmniej 2 dziurki). Nauka naprawy dętki w terenie. Jedziemy przez mały kanion kolorado. Co chwila zsiadamy i przenosimy rowery. Znowu pinezki, wymiana. Trochę chałwy, chwila regeneracji i czas na badania poznawcze.Kilka fotek, notatki i w drogę. Nadrabiamy sporo kaemów, przez te zakręty. Słońce pali, nie ma gdzie się ukryć.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Dojeżdżamy do samotnego tamaryszku. Chwila wytchnienia w małym cieniu, co za błoga ulga przed piekielnym żarem. Znów kawałek chałwy. Oglądając okolicę znów znalazłem potencjalne miejsce wody. Trzeba pamiętać, że na tym terenie będą i źródła i zbiorniki retencyjne, głównie podziemne. Pierwsze testy pozyskiwania wody z roślin. Jest potencjał.  Jedziemy dalej, szkoda czasu. Znowu pinezki i łatanie. Schodzi dużo wody, dzień ucieka. Słońce pali. Zaczynamy wariować. Brzegi uedu rzucają krótkie cienie. Łatam dziury. Nie ma gdzie uciec z tego piekarnika. Z oddali słychać silnik auta, a w nim Beduini z wodą i Morale +50, Bóg jest wielki i woda od Allaha. Jedziemy dalej, wiemy jak unikać pinezek. Teraz tylko dopompowujemy koła.  Lekcja nr kolejny: trzeba być autonomicznym jeszcze bardziej, jedna pompka nie wystarcza.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Dno doliny ciągnie się bez końca, zbliża się zachód. Za każdym postojem regeneracyjno-orientacyjnym przypatruję się otaczającemu światu. Arbuzy pustyni, pędzone wiatrem po pustyni – gdzie się ukorzenią, tam woda w ziemi. Ponadto mają dużo wody do oddania, choć są trujące. Wciąż nie widać wyjścia z „doliny śmierdzi”. Coraz częstsze przystanki, rowery ciężkie i częściej trzeba je pchać. Na brak siły, wzajemna motywacja, ale i to z czasem nie daje takich efektów.  Postanawiamy rozbić obóz, weryfikacja położenia, status, replaning zapasów wody. Zabrakło jeszcze kilku godzin. Wieczorna ablucja mokrymi chusteczkami, mała herbata i zupka, wieczorny status, kabanos (miał być prezentem, ale byliśmy zmuszeni urozmaicić dietę, Sorry Jaga). Księżyc w pełni, wkoło tamaryszek i świerszcze. Morale ok, choć zmęczeni. Zimna noc.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Wcześnie wstaliśmy, chwilę po słońcu. Dziś trzeba nadrobić.  Przed nami trzy kopce „Mnichy”, za nimi wyjście z „doliny śmierdzi” na  „Wadi Rum”. Dobrze umieć korzystać z mapy. GPS co chwila się gubi w takich warunkach. Droga piaszczysta, trzeba pchać. Bliżej skał jest twardszy grunt, coraz więcej żwiru. Przecinamy kamienisty przesmyk, koniec doliny! Przed nami otwarta, zielonkawa równina. W dali namiot Beduinów, przez lornetkę widać. Wody starczy do zbiornika retencyjnego, który Norbert widział podczas poprzedniej podróży, blisko podnóża najwyższego szczytu Jordanii.

    Czas ucieka, pod Jabal Umm Ad Dami, mamy się spotkać z dwójką globtroterów z Polski, którzy na pieszo pokonali 30 kilometrowe Wadi. Nocą. Piaszczysta nawierzchnia doliny, sporo niskich krzewów. Mijamy pasterza z kozami, tym razem nie zatrzymując się i zjeżdżamy na dno uedu. Wyjście na powierzchnię i orientacja w terenie. Przez lornetkę widzę Europejczyków. Brak możliwości komunikacji. Jedziemy dalej do podnóża góry.  _JOR2923Jesteśmy na styk z wodą, choć zmieniła nam się gospodarka. Pijemy mniej i rzadziej sikamy. Znaleźliśmy zbiornik retencyjny w skałach – woda syf.  Beduini przywieźli autami Niemców pod Jabal Umm, zaparkowali blisko nas. Pokazałem zwyczajem pustą butelkę wody, bo dopiero zabieraliśmy się za uzdatnianie zbiornika, a tu była szansa na czystą wodę od Allaha. Niemiec nie dał wody, bo jak mówił „heute wir schlaffen in natur” i jest mu niezbędna do przeżycia. Beduin kierowca, tylko spojrzał na nas i dał 4 butelki dodając  „Welcome to Jordan”. Omawiamy status, zapasy i plan dnia. Chillout, zdobycie szczytu i nauka pustyni hasłami dnia. Mijają nas wielbłądy. Cienie gór przemieszczają się po hali. Wchodzimy na Jabal Umm. Serce rośnie. Niesamowity widok, ponad nieziemskimi formami skalnymi. Chwila kontemplacji i schodzimy. W obozie naprawa sprzętu, łatanie.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Czas na wspinaczkę i dalsze eksploracje. Tutaj jest raj dla wspinaczy. Lekcja kolejna: używać sprzętu wspinaczkowego. Wiemy już jak szukać miodu na pustyni, choć odkrycie było wypadkową wielu czynników.  Herbata, zupa, i pogawędki, dobry kompan podróży. Trochę szkoda, że nie spotkaliśmy przyjaciół.  Żubrówka na trawienie. Śpię na skale.

    CDN..

    Następny epizod niebawem.

     

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz