Menu

Jordania rowerem – dziennik z podróży, pierwsze strony

  • fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Środa 2:00 przylot do Amman. Na lotnisku niewielu pasażerów, wszyscy lekko zaspani. Od wejścia każdy kogo mijamy pozdrawia: Welcome to Jordan. Skaner siatkówki i wiza 40 JD. „Welcome to Jordan „ Przed wejściem na lotnisko szereg taksówek. Pierwsze targi o przejazd bliżej centrum Ammanu. Rower mam w kartonie, w częściach, brak pompki, nikt nie ma lub nie chce pożyczyć (obstawiam, że faktycznie nie wożą). Negocjacje przegrałem na starcie. Z 22 JD stargowałem do 18 JD. Frycowe mam za sobą, choć można było tego uniknąć. Taksówkarz ni w ząb nie zna angielskiego, a mój arabski dopiero przyswajam (Salom Alejkum i Alejkum Salom, Szokran dopiero co się pojawiło)… Nie wierzę… Kierowca nie potrafi przeczytać mapy, dobrze że numer drogi rozpoznał – dogadaliśmy się, po dłuższej chwili. Warto było oglądać kalambury. „Welcome to Jordan”. Podwiózł mnie do otwartego w nocy zakładu mechanika, blisko punktu spotkania (z Norbertem).

    Garaż w ścianie kamienicy, na chodniku opony i kilka narzędzi, wszystko utytłane olejem. W Kairze było podobnie. Ulica wkoło wciąż żyje, choć w małych enklawach, tak jak tu wokół warsztatu. Chłopak z serwisu, jego pomocnik, okoliczny pan z kebaba, taksówkarz, klient i lokalny śmieszek – wszyscy w szoku na mój widok: Europejczyk, w nocy, w środku miasta, z rowerem w kartonie i pyta o pompkę. „Welcome to Jordan”. Pół angielski, pół arabski (szłej szłej, a u mnie nawet bardzo średnio) i kalambury – wiedzieliśmy o sobie wystarczająco dużo już po kilku minutach rozmowy. Wszyscy ochoczo pomagają skręcać rower, części śmigają w powietrzu, choć tylko mechanik wykazał się przemyślanym działaniem, za to reszta miała gorące serca i ducha pomocy w sobie. Śrubki od bagażnika zniknęły w mroku nocy, a pedał wkręcony w korbę metodą „na chama” przez „my new friend”. Jeszcze będą z tym kłopoty. Póki co, jestem atrakcją wieczoru, wszyscy ofiarują kawę (wtedy nie wiedziałem, że takie poczęstunki są faktycznym elementem kultury), robimy sobie zdjęcia, wymieniamy uściski, opowiadam o Polsce, oni o Jordanii. Chyba rozumiemy tylko emocje, bo język stanowi jedynie tło dźwiękowe tej konwersacji.

    Chcę jechać już na miejsce spotkania z Norbertem, mimo, że mam zapas czasu. Nikt jednak absolutnie nie zna nazw ulic w swojej okolicy, o dworcu autobusowym nie słyszeli. Ściągnąłem przed wyjazdem mapkę, zapisałem dodatkowo nazwy ulic na trasie– nic. Każdy wnikliwie obejrzał zapiski, porównywał, ale patrzyli na mnie zakłopotani. Oni chyba nie byli nigdy skautami. Taksówkarze również. Zawiezie Cię wszędzie, gdzie tylko chcesz, ale na dworzec – jaki dworzec? „Powiedz mi jak dojechać, a Cię zawiozę” – „Ale to ja Cię pytam jak dojechać!, mam rower, dojadę! No need taxi”… Zmysł „survivalowca” i się odnalazłem. Skautem nie byłem, ale mapę mam opanowaną. 1,5 Km do celu przez Amman nocą. Miło, ciepło, gwieździsta noc. Miasto w tysiącu światełek, a wszyscy ludzie których mijam: „Welcome to Jordan”. Dojechałem w miejsce spotkania, wcześniej niż trzeba, liczyłem na wygodną ławkę. Oczekuję na dworcu, zapadam w letarg.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Po świcie pojawił się gość, lekko przygarbiony porankiem, cały czas palił fajki i pił kawy. Co skończył, to zaczynał. Chodził jakby bez celu. Zaryzykowałem kontakt, w sumie nic się nie dzieje. Podszedłem, a on „Welcome to Jordan” i zaproponował swoją rutynę. Chwila na kalambury, zdjęcia i rozeznanie w sytuacji. Po 7:00 się dołączyłem. Mocny fajek na czczo… Pawia po kapitańsku, popiłem zaofiarowaną kawą. Przesłodka. Tu wszystkie herbaty i kawy podawane są z gigantyczną ilością cukru. Podróżni zaczęli gęściej nawiedzać dworzec, jest kilka autobusów, wózek z kukurydzą, falafelem, kawą i przekąskami. Goście w odblaskowych uniformach wymiatają ulicę zawodowo, nie na pokaz, faktyczne sprzątanie, to nie Egipt. O 8:00 podszedł kierowca jakiegoś autobusu, najwyraźniej się znali z kawopijem. „Welcome to Jordan”. Zdjęcia uściski dłoni i kalambury. Przyjeżdża Norbert. Zdjęcia uściski dłoni, „Welcome to Jordan” i ostatnie dokręcanie rowerów. Bardzo się cieszę, że w końcu się spotkaliśmy na szlaku.

    od ptrawej do lewej Amman : Ma'an

    od prawej do lewej Amman : Ma’ani

    Wsiadamy do autobusu do Ma’an. Targi z kierowcą i zawiadowcą o cenę biletu, stanęło na 7 JD za rowery i nasze dupska (w czasie drogi dopłata jeszcze 1 JD), startowaliśmy z 14 JD, poszło lepiej niż z taksówką. Doświadczonego mam przewodnika. Autobus miał odjechać o 9:00. Odjeżdżał o 10:00, 10:30, ok 11:30, 12:00 i 12:30, zawsze o kilka metrów, za każdym razem zwołując i zgarniając kolejnych pasażerów. O 13:00 odjechaliśmy z dworca prosto do Ma’an. Chwila kontemplacji nad mijanym przez okno światem i drzemka.

    Postój po drodze na rozprostowanie nóg i modlitwę. Tu większość praktykuje swoją wiarę, meczety nie stoją puste. Muzułmanie się modlą, my zjedliśmy po falafelu. Nie wiem, co ludzie w tym widzą, co innego kebab z baraniny lub jagnięciny albo wielbłąda…

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Co chwila rozmawiamy z Norbertem, nie tylko o lokalnej kulturze, ale także w odniesieniu do innych społeczności. Co chwila jakaś obserwacja zmusza do refleksji. Dobrze mieć dobrego druha, łatwiej zrozumieć co się dzieje dookoła, człowiek szybciej przyswaja. Ruszamy dalej autobusem. Drzemka, aż do Ma’an – potrzebowałem snu.

    Ulice takie same, jak widziałem na filmach na Discovery. Dziki zachód wschodu, ale bez Indian i kowboi, wszędzie obecne „Welcome to Jordan”, choć budzimy mieszane uczucia, tak bym oceniał spojrzenia. Kupa straganów na poboczu i rzemieślnicy pracujący wprost na jezdni. Czas się zatrzymał i to ma swój urok. Robimy ostatnie zakupy – zapasy przed wyjazdem w pustkowie. Supermarket jak ta lala: z zewnątrz jakby Spss Społem, tylko szyby potłuczone, a w środku wszystko co współczesne. Mnóstwo artykułów, kasa fiskalna, można płacić kartą. Podjechaliśmy od zaplecza, miejsce wyglądało, jakby ktoś o nim zapomniał. Omówiliśmy status. Zapas wody jest, zupki są, chałwa, chlebek i kilka rarytasów. Dieta monotonna, głównie zapychacze i cukry, trochę białka. Jeszcze tylko jazda po paliwo do kuchenki i wyjazd z miasta.Panorama za sklepem w Maan

    Przyjemny asfalt, tak to można jechać. Czuję jakbym mógł przejechać setki kilometrów. fot. Norbert Skrzy?skiKażde auto, które nas mija trąbi, jakby chciało powiedzieć: „Welcome to Jordan”. Droga pośrodku pustkowia. O dziwo, po pustkowiu rozsianych jest sporo małych krzewów i oddalone, pojedyncze akacje. Pustynia żyje wiosną, choć sucha to wiosna. Wszystko zalane słońcem. Kraina poorana tysiącem okresowych rzek, tysiącem wyschniętych uedów. Mijamy kopalnie fosforytów, trzeba nadrobić tylko 60 Km, żeby ja zobaczyć, ale wyznaczyliśmy sobie inne cele tym razem. „Focus on mission”, wszystkiego na raz nie zobaczymy… Życia nie starczy, ale spróbujemy… Co jakiś czas mijamy szkielet wielbłąda (pierwszy wielbłąd zaobserwowany na wolności..), choć niemało było szczątków osłów i kóz, a czasem owcy. Jak się okazało później, szkielety świeciły w słońcu na całej pustyni. Spory dystans za nami, gnaliśmy póki sił w nogach, a księżyc już wysoko. Z rzadka mijaliśmy pojedyncze zabudowania, a w ich okolicach błąkały się i ujadały całe watahy psów. Jedziemy dalej przez noc, co jakiś czas mija nas samotny TIR. W końcu zjeżdżamy dalej od drogi na nocleg.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    To był dobry dzień. Ostrożnie na ciernie leżące na ziemi, jesteśmy nieopodal suchej akacji – Norbert pchnięty doświadczeniem przeczesał teren i zwrócił uwagę na nowe warunki. Dalej, ciepła herbata, podsumowanie dnia i pierwszy nocleg na pustyni od lat… Gwiazdy, dużo gwiazd.

    Wstaję trochę połamany, dno uedu jest twarde, błotny pył wyschnięty na kamień, to nie elastyczny piasek z diuny. Ciepła herbatka na dzień dobry, zupka chińska z dodatkami, beduiński chlebek (pita) i „na koń”.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Pierwsze badania pobliskiej okolicy za dnia. Grunt zbity, ciężko kopać. Roślinność krzewiasta, wydaje się wyschnięta. Akacja z malutkimi liśćmi (2-5 mm każdy) i cierniami na 5cm. Suchorośla również z cierniami, bardzo podobne do naszych skalniaków. Wielbłądy to jedzą, zawierają dużo wody w częściach zielonych. Nie wyciśniesz, ale można odparować. Wszędzie ślady jaszczurek i gryzoni, zaschnięte odchody wielbłąda i owcy. Butelki PET przyniesione przez wiatr i kiedyś wodę. Wtaczamy rowery z powrotem na asfalt, droga wiedzie częściej z górki, tak na miły początek.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Zmieniamy poziom, od Ma’an wciąż schodząc niżej ponad poziom morza, żeby później przez piachy i żwiry, uedami, mozolnie wtaczać się na 1400m. Równina przechodzi w coraz częściej wystające z ziemi wzniesienia. Zaczyna się Mars. Przydrożne Ksary stanowią przyczółki dla Jordańskich służb. Nie rzucają się w oczy. Nieustannie mijamy przydrożne szkielety i pędzone wiatrem puste butelki PET.W niektórych miejscach widoczna była bardziej zielona roślinność, znalazłem krewnego szczawika zajęczego i mniszek lekarski. Piję dużo wody, organizm jej łaknie. Kilkadziesiąt kilometrów do celu.

    Dojeżdżamy do naszego waypointu na trasie, dalej zjedziemy na piachy, żwiry i kamienie. Mieszkańcy posterunku ofiarowali wodę i poczęstowali śniadaniem. Ma nam dać siłę, po tym jak usłyszeli, co chcemy zrobić z tymi rowerami, sami zaproponowali. Tacka ze styropianu, kilka rodzajów sera, od żółtego po biały(?), oliwka, jajko. Jeden z serów ledwie zmęczyłem i z twarzą pokerzysty podziękowałem. „Welcome to Jordan”. Strażnik oglądał sport w tv, nasi szczypiorniści i Lewandowski łączą narody. „Welcome to Jordan”. Posterunek policji, kabury są, ale pistoletów nie widzę – dziwny świat. Uściski, pozdrowienia i w drogę.

    Norbert doszkala mnie obyczajowo i społecznie, łatwiej się odnaleźć w tym królestwie.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Dalej już szutry i resztki starej nawierzchni. Nawet u nas takich dziur nie ma. Ni z tego ni z owego, po środku pustyni 2 Km super świeżego asfaltu, nowo malowane oznaczenia poziome. Dookoła Mars.. Koniec fatamorgany, znowu szutry i dziura na dziurze. Pedał zaczyna się mocniej gibać, luz czułem już za posterunkiem, a teraz napięcie rośnie. Środek niczego i kilkadziesiąt Km pchania w perspektywie, rower w sumie 28Kg… W tym upale…W najgorszym razie, rzucam to w cholerę, biorę wodę i z buta, do mamuni. Don’t panic, znamy rzut satelitarny i ważne punkty w okolicy, jedziemy do ostatniej nadziei. Coś, co na Google Maps, wyglądało jak punkt transportu żywności, z pobliskich pół uprawnych, okazał się likwidowanym już obozem dla załogi „drilling company”.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Ludzie różnych narodowości wiercili studnie na 600 m pod ziemię, założyli szereg pomp i położyli wodociąg wzdłuż CAŁEJ Jordanii, od południa po północ. Kiedy robiono zdjęcia z satelity mieszkało tu z 500 osób. To było dwa lata temu. Teraz obsada wynosiła może z 50 osób, z czego większość rozproszona w terenie. Strażnik na wejściu, zaskoczony bardziej niż Ammańczycy w środku nocy, powitał „Welcome to Jordan”, a my na to „Salom Alejkum, mamy MUSZKELE (słowo klucz, po arabsku: problem, przez duże „P”) z pedałem i need help (slang rodem z „patrz szwagier, forfiter”). 5 minut później pojawił się anglojęzyczny kierownik placówki, a my dostaliśmy po schłodzonym soku owocowym.

    fot. Norbert Skrzyński

    fot. Norbert Skrzyński

    Syryjczyk – Sulejman „Welcome to Jordan” i niesamowita chęć pomocy podróżnikom. Cała obecna ekipa się zleciała i pomagają. Jeden mądrzejszy od drugiego, przy czym jeden był naprawdę silny. Stal zjadła aluminiową korbę, gwint poszedł do końca… Ostatnim razem pomoc przy składaniu zaowocowała usterką, tym razem również za późno przejąłem inicjatywę. Skończyło się na Poxipolu i kilku godzinach oczekiwania na efekty. Dobrze, że poznając tajniki odwiertów głębinowych, badałem wszystko empirycznie. Na środku placu znalazłem śrubę, idealnie pasowała jako placebo pedału. Sulejman ofiarował dodatkowo klucz 19 i podkładkę. Uściski, zdjęcia, herbata, wymiana poglądów i w drogę. Kilka kaemów przez szutry dalej, śruba zastąpiła klejony pedał. Koniec kłopotu z pedałem. Jazda jak na Pelikanie za małolata.

    fot. Norbert Skrzy?ski

    fot. Norbert Skrzyński

    Skończyła się strefa zasięgu sieci komórkowych. Następne trzy dni bez łączności. Cywilizacja została za nami, przed nami bezkres do przebycia. Bóg nad nami czuwa. Znaleźliśmy oazę, to nasz drugi nocleg w terenie. W około krzewy kwitnącego tamaryszku, akacje, gdzie nie gdzie zielona trawa (!), nieopodal szkielet wielbłąda. Rozpalamy ognisko z suchego tamaryszku, daje jasny płomień i żar aż do rana. Bardzo energetyczne, nasączone olejkami drewno. Opał powoli schodzi. Herbatka, omówienie statusu, zupka i spać. Niebo rozgwieżdżone, jesteśmy w czasie pełni księżyca, jest niesamowicie jasno.

    fot. Norbert Skrzy?ski

    fot. Norbert Skrzyński

    Pustynia owiana cieniami i błękitnym blaskiem. Wokół cykady, lub świerszcze, wszystko dookoła żyje. Największe halo wokół księżyca jakie widziałem, na pół nieba. Rześka noc, po upalnym dniu. Tej nocy obaj mieliśmy koszmary. Chyba spaliśmy na cieku wodnym.

    CDN..

    Następny epizod, gdy tylko przerobię surówkę na coś co można w miarę odczytać.

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz