Menu

Kurs instruktorów Survival

  • Surwiwal. Czym jest, tego jeszcze nie zdefiniowano, choć wiele mądrych głów wciąż myśli nad tym, w zakamarkach swoich pracowni, lub leśnych ostępach… Definiują, określają, weryfikują, żeby w certyfikowanej, cywilizowanej rzeczywistości, można było ratować i uczyć jak ratować ludzi przed wielowymiarową zagładą. Dla mnie surwiwal to przetrwanie, adaptacja, poznanie. Życie pokazało mi wiele ścieżek, łatwiejszych, trudniejszych, dobrych, złych. Wybrałem tą. Tą drogą kroczyłem i na tej drodze postanowiłem pozostać. Chyba, dlatego zdecydowałem się uprawomocnić moje doświadczenie i zostać instruktorem sztuki przetrwania. Nie byłem jedynym, który podjął podobną decyzję…

    Z całej Polski zebrali się ludzie, którym przetrwanie w zróżnicowanych warunkach nie jest obce. Każdy z nich przyjechał tu z własnych pobudek, tak różnych jak środowiska, które reprezentowali. Przyjechali się doszkolić, sprawdzić, rozwinąć, wznieść się na wyżyny sztuki przetrwania.. Znaleźli się wśród nas „ludzie z firmy”, militaryści, pedagodzy, harcerze, ludzie wolnych zawodów, nawet pracownicy biur uciekający od cywilizacji. Wszyscy z pasją, z misją, wciąż pracujący nad swoim rozwojem, podróżnicy z natury, wiercipięty, pędziwiatry, myśliciele. Zebrało się ponad 30 indywidualności.

    Pierwsze zajęcia odbyły się w Warszawie, gdzie zaczerpnęliśmy trochę wiedzy teoretycznej, jakże ciekawie przekazanej przez Krzysztofa J. Kwiatkowskiego oraz Przemysława Płoskonkę. Koledzy z lubością rozłożyli tematykę przetrwania na czynniki pierwsze, poczynając od zagadnień psychologii, przez sprzęt, aż po metodykę nauczania. Oczywiście zadbano o równoważny rozkład zajęć i poczęstowano nas również zajęciami praktycznymi, które ożywiły nasze ciała, przygotowując nas na kolejne dawki wiedzy. Terenoznawstwo, zielarstwo, zajęcia linowe na długo zostaną w pamięci uczestników. Mieliśmy niepowtarzalną okazję usystematyzować wiedzę, lub uzupełnić ją o nieznane fakty, którymi poczęstowali nas starzy wyjadacze jak Bogdan Jaśkiewicz i Darek Lermer.

    Po warszawskim preludium, mieliśmy kilka dni na przygotowanie się do dłuższego pobytu poza domem. Zbiórka uczestników miała miejsce w Komaszycach, małej miejscowości w województwie świętokrzyskim. Tam, po krótkiej odprawie, każdy dostał współrzędne miejsca obozowania i na własną rękę musiał dotrzeć do celu, korzystając z już posiadanej wiedzy. Każdy, kto dotarł na miejsce został naznaczony do wykonania określonej rzeczy, na poczet wygodniejszego bytowania w warunkach polowych: a to miejsce na ogień, a to spiżarnia itd. Ostatnich na miejscu czekało ciekawe zadanie, związane z nierozerwalną częścią ludzkiej egzystencji, a będącej częścią tworzenia obozowiska – i nie chodziło o miejsce do spania…

    Pierwsze dni upłynęły pod znakiem wykładów, które chyba z założenia miały wyrównać poziom wiedzy przyszłych instruktorów. Wykłady na łonie natury są bez porównania przyjemniejsze niż te, prowadzone na aulach uniwersyteckich, lub wewnątrz szkolnych murów. Wiedza była przyswajana błyskawicznie, a przekazywana w sposób przyjazny dla kursantów. Nasza kadra, musze przyznać, dysponowała bardzo rozległą wiedza w konkretnych dziedzinach. Dało się zauważyć, że każdy z prowadzących był mistrzem swojej dziedziny, a i nieobce mu były zagadnienia z pozostałych obszarów surwiwalu. Bogdan uczył terenoznawstwa i ziół, Staszek górował w świecie noży i sprzętu, Andrzej czuł się jak ryba w wodzie omawiając ratownictwo, Przemek uczył jak uczyć, Mongoł i Jacek wspierali uczestników swoim doświadczeniem i uwagami, które miały bardzo praktyczne znaczenie, a Krisek… Kriska (Krzysztof J. Kwiatkowski) chyba każdy zna…

    Przyznam również, że poziom wyszkolenia uczestników, także nie pozostawiał wiele do życzenia. Mieliśmy wśród nas ludzi, których nauczycielem było doświadczenie zdobyte na wielu frontach życia. Większość z nas chętnie dzieliła się wiedza z innymi, choć pełna integracja i wymiana poglądów wymagała nieco czasu. Spowodowane to było dość duża liczebnością naszej populacji, co trochę negatywnie wpłynęło początkowo na jej spójność, ale i ta przeszkoda, ‘wielu imion’, zaczęła powoli zanikać. Poziom wyszkolenia i wiedzy uczestników, tak zróżnicowany z początku, z czasem wyrównał się, choć oporni wciąż jeszcze mają przed sobą trochę nauki o zależnościach człowiek-przyroda…

    Z czasem zmniejszyliśmy ilość suchych wykładów i położyliśmy nacisk na zajęcia praktyczne, zgodnie z zasadą, że nauka najlepiej wchodzi poprzez praktykę. Nocny spacer po lesie, bieg na orientację, tworzenie szkiców terenu, pokonywanie przeszkód terenowych i przeprawa przez zbiornik wodny, wytwarzanie narzędzi, pozyskiwanie wody, czy gotowanie w warunkach polowych. Każda z tych dziedzin została przećwiczona, czy to w ramach zajęć, czy też przez wypełnianie obozowych powinności, jak np. zmiana kuchenna wypiekająca podpłomyki, lub robinsonki®. Nie zabrakło także atrakcji, jakże podnoszącej morale, jak strzelanie z łuku. Wszystkie te działania zamieniły się w końcu w egzaminy praktyczne. To był przyjemny wysiłek.

    Oczywiście, jako przyszli instruktorzy powinniśmy prezentować także odpowiedni poziom przygotowania merytorycznego do przekazywania wiedzy naszym przyszłym adeptom sztuki przetrwania. Pod koniec naszego bytowania pod otwartym niebem, trochę przemęczeni natłokiem zajęć i atrakcji, niektórzy (jak ja) z pewnością szczuplejsi o kilka kilogramów, zostaliśmy wezwani do wykonania zadań pisemnych – końcowych egzaminów. Chyba w ten sposób ostatecznie organizatorzy zdecydowali się przetestować, czy jesteśmy godnymi reprezentantami środowiska surwiwalowego. Po kilku dniach, wysiłku fizycznego i psychicznego, w terenowych warunkach, wyciągnęliśmy kartki, długopisy i przystąpiliśmy do pisania szeregu testów. Zmniejszona ilość kalorii, które zwykliśmy wchłaniać w domowych warunkach, a których brakowało w naszej diecie, nie odbiła się zanadto na stanach naszych rozumów. Choć ostatni egzamin pisany był tuż przed północą, wciąż zauważalne były przebłyski logicznego myślenia i jasność umysłów sięgających po pokłady informacji, wchłonięte podczas wykładów.

    Choć kurs dobiegł końca, przyjaźnie i znajomości, które tam zawarliśmy będą trwały. Tak długo jak my. A my przetrwamy wiele…

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz