Menu

Mazury Challenge 2013 – relacja Moniki

  • fot. Aiel Szabunia

    Już kilka tygodni wcześniej przebierałam nóżkami jak mała dziewczynka z radości, że w końcu zrobię coś fajnego. Moje poukładane i zorganizowane życie zostawię na 3 dni za sobą, żeby móc potem w przyszłości opowiadać wnukom czego to ich odlotowa babcia nie robiła za młodu. Kajecik zapełniony notatkami i spisem (zbędnych jak się potem okazało) rzeczy, które to trzeba ze sobą koniecznie zabrać na zimowy wypad. Organizacja w 100% i wszystko dopięte na ostatni guzik.

    Podróż jak to podróż- zbiórka miała być o tej i o tej a ktoś się spóźnia. Ja tak nie lubię braku punktualności! Szybkie oględziny uczestników- ojej, nie wiem, czy się dogadam z niektórymi. Już sobie utworzyłam ich profile osobowości na podstawie doświadczeń z managerskich kursów.

    fot. Aiel Szabunia

    Na miejscu nadal trzymała mnie niesamowita radocha i nie było tak zimno jak się spodziewałam. Organizujemy miejsce na namiot szkoleniowy i na nasze namioty. Lubię organizację! Jest „ciuci”. Gdzieś z krzaków wyłonili się kolejni uczestnicy, inni dojechali, jest komplet.

    Dopiero potem zaczęły się schody. Tam jakiś wypadek, ktoś leży pod samochodem z otwartymi ranami, gdzieś indziej ktoś się drze w niebogłosy nie wiadomo czemu. Co robić? Nikt nie wie. Kręcimy się bez celu od jednego poszkodowanego do drugiego. Sprowadzili nas na ziemię. Jesteśmy siusiakami i nie znamy się na udzielaniu pierwszej pomocy. Co za dół…

    fot. Aiel Szabunia

    „Nie jesteście grupą, nie komunikujecie się”- kurcze, przecież nawet nie znamy swoich imion? Przecież moje wieloletnie doświadczenie podpowiada mi, że zgraną ekipę tworzy się miesiącami. Czego oni od nas oczekują?

    Potem było tylko gorzej- ognisko nie pali się tak jak powinno, trzeba coś zrobić, o coś zadbać, ale nikt nie wie kto z nas powinien się tym zająć. Każdy sobie rzepkę skrobie. Efekt okazuje się być marny. Nie ma gorącej wody na herbatę, koza znów przygasła, komuś zginął sprzęt, ktoś komuś spalił suszące się skarpetki… Na domiar złego nie mam kiedy zjeść i się wysikać, bo cały czas się coś dzieje i są zajęcia. Co zrobić? Wybieram zajęcia, bo wiem, że bez nich będzie mi trudno poradzić sobie w trudnych sytuacjach, które na bank są przede mną.

    fot. Aiel Szabunia

    Na co dzień w pracy kieruję dużą ekipą ludzi i wiem, że pewna powtarzalność daje poczucie bezpieczeństwa a tym samym pozwala skupić się na wytycznych. Tutaj tego nie było. Wszystko było zaskoczeniem i nie dało się nic zaplanować. Ja, która planuje wszystko od a do z mam sobie poradzić? Otóż jak się okazało tak.

    Chwila oddechu, rozejrzałam się po obozowisku.  Przed chwilą jeszcze kompletnie obcy sobie ludzie zaczynają współpracować. Ktoś kogoś nawołuje do pomocy, ktoś kto nie ma co robić oferuje komuś swoją pomoc. Dzielimy się herbatą, jedzeniem, narzędziami i przy pozoracjach z pierwszej pomocy też idzie nam lepiej. Coraz mniej ofiar śmiertelnych.

    fot. Aiel Szabunia

    Może to zajęcia Eli (Eliza Czyżewska przyp. red.) pokazały nam jak ludzie reagują w ekstremalnych warunkach i potrafiliśmy w sobie to zdusić? A może Kuba (Jakub Wolski przyp. red.) pokazał nam, że granice ludzkiej wytrzymałości są dalej niż nam się wydaje? Moją chwilę zadumy przerwał Łukasz: „ Jadłaś coś dzisiaj? Dużo pijesz? Nie pij zimnego, bo tracisz energię”. O, anioł stróż-pomyślałam i wróciłam do swoich zajęć.

    Potem było już z górki. Zajęcia z rąbania trójkątnego przerębla pod okiem profesjonalisty Filipa  (Filip Wiśniewski z ExtremeDive przyp. red.) nurkującego pod lodem. Zajęcia z zachowania zwierząt i wkradająca się w trakcie tęsknota za ciepłym kotem, którego zostawiłam w Warszawie.

    fot. Aiel Szabunia

    Zajęcia z zielonej kuchni- OMG wpierdzielałam żołędzie i mi smakowały! No i oczywiście mój ukochany offroad- uwielbiam szaleństwa Pajero po śniegu. Nie ma to jak się dobrze zakopać  a potem przez pół godziny się wyciągać. Słaba płeć pokazała swoje wielkie owłosione jaja zmieniając samodzielnie koło. Szacun dla Was dziewczyn y! I pierwszy raz w życiu śmiałam się jak szalona z powodu uszkodzenia autka. Tak, Bartkowi udało się zostawić zderzak na drzewie J. Tylko dlaczego mnie to bawiło zamiast złościć? Czyżby jakieś przewartościowanie? Zdecydowanie tak.

    fot. Aiel Szabunia

    Ekstremalne warunki jakie miał zapewnić wyjazd jawiły się dla mnie bardziej jako ekstremalne warunki psychiczne niż pogodowe. Mroźne noce okazały się być dla mnie bardzo łaskawe dzięki ukochanemu, który posłużył mi jako kołdra ale jeszcze bardziej dziękuję Mu za to, że moje nerwy przyjął na klatę i pozwalał się na sobie wyżywać  :). Na samym początku zostaliśmy odarci z poczucia bezpieczeństwa i pewności siebie, abyśmy mogli odbudować to wszystko na fundamencie wartości zupełnie różnych od tych, którymi kierowaliśmy się jeszcze kilka dni temu. Czy bawiłam się dobrze?
    Hmmm… nazwałabym to raczej niesamowicie pouczającym doświadczeniem i przygodą. Ten wyjazd oprócz nauki umiejętności bardzo przydatnych w warunkach naturalnych, otworzył mi szeroko oczy na aspekty zupełnie inne. Ludzie w warunkach ekstremalnych są w stanie wykrzesać z siebie niesamowicie dużo, żeby osiągnąć wytyczony cel. Potwierdziły się również dwie zasady, którymi się kierowałam już wcześniej: „ w jedności siła” i to, że najłatwiej jest osiągnąć cel z ludźmi, którzy mają takie same wartości.

     autor: Monika Lasek

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz