Menu

Park Narodowy Ko Tarutao – las tropikalny

  • SamritSamrit, Ranger z Parku Narodowego Ko Tarutao.
    To dzięki niemu poznałem lepiej las tropikalny i zrozumiałem, co gra w duszy Taja.  Ktokolwiek będzie tam, pozdrówcie tego dobrego człowieka. Był wojskowym ratownikiem medycznym z mocną historią, teraz spokojnie, codziennie kosi dżunglę wdzierającą mu się na podwórze. Mieszka nad strumieniem, który zaczyna się kilka kilometrów dalej w górach, zarośniętych gęstą i ostrą jak brzytwa dżunglą, a kończy na podziurawionej milionem krabich norek plaży, oblewanej przez turkusowe morze.

    Od czasu do czasu odwiedzają go nieliczni turyści, którzy gromadnie spędzają czas na północy wyspy, w wytwornych bungalowach, nie zapuszczając się na południe w głąb lądu. ..i dobrze.  Tam gdzie nie ma ludzi, tam przyroda pochłania wszystko, niemal na oczach obserwatora. Z dnia na dzień, na przecieranym co jakiś czas szlaku, pojawiają pnącza, z kolcami jak haczyki na ryby, powalone pnie drzew, dzikie zwierzęta, które nie boją się człowieka, bo tak rzadko go widują…

    jaszczurkaDość szybko Samrit przekonał się do mnie, jako że jak szalony wąchałem, próbowałem i patrzyłem na otaczającą mnie przyrodę, robiąc notatki i szkice w notatniku. Teraz jak wspominam, ileż to śmiechu było podczas poznawania języka tajskiego, albo nieporozumień w gestykulacji. Boki zrywać. Śmiech, lub podobne poczucie humoru, chyba też łączy ludzi. Grunt, że udało się znaleźć wspólny poziom zrozumienia i mogłem lepiej wchłaniać wiedzę, bo przynajmniej wiedziałem już na co patrzę – na rosnących nad brzegiem strumienia drzewach wylegiwały się pytony i choć przechodziłem pod nimi wcześniej ze trzy razy, to dopiero gdy Samrit zakomunikował i wskazał, dostrzegłem, co wisiało nad moją głową…  Trzeba wiedzieć czego szukać, nie tylko w dżungli. Ta żyje za dnia, ale w nocy, to już przesadza – wszystko z ziemi wychodzi na wierzch, co drugi bambus kryje jadowitego pająka, co trzeci liść kameleona, latającą jaszczurkę, albo dwudziesto-centymetrową pijawkę z głową jak wachlarz.

    To był pierwszy tak intensywny pobyt w dżungli i choć faktycznie dużo w niej niebezpieczeństw, to z dobrym doradcą można pozwolić sobie nawet na samotne wycieczki, choćby do źródeł potoku. Po długim marszu, między powalonymi pniami, lianami, wspomnianymi pnączami z haczykami, z liśćmi ostrymi jak brzytwa, albo tymi kłującymi jak igła (lekcja nr trzy miliony osiemset – nic nie dotykać gołymi rękami, nawet gdy upadasz..), dotarliśmy w górę potoku. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że moja Ada to jedna z twardszych dziewczyn jakie znam, bo mimo tej całej duchoty i zagrożeń dookoła, parła jak maszyna po śliskich kamieniach. Nagrodą za ten wysiłek było jeziorko z krystalicznie czystą i chłodzącą wodą, okraszone czarnym wężem… do poboru wody dla odległego gospodarstwa… Zupełnie jak w spalonej słońcem Jordanii, tu także czysta woda jest skarbem, dla którego warto położyć całe kilometry instalacji.

    Park na wyspie Tarutao jak cała Tajlandia jest miejscem, które chcą odwiedzić turyści i obawiam się, że wcześniej czy później nawet złota plaża, na której żółwie składają jaja, zostanie zadeptana i zamieniona w stragan… „Już nie ma dzikich plaż[..]”

     

    Spędziłem wraz z moją Adą, kilka dni z rodziną rangera. Dzięki niemu poznałem trochę życie codzienne, kulturę Tajlandii,  trochę dżungli i trochę innego świata, a niektóre potrawy zagościły na naszym polskim stole – Kop Kun Krap Samrit. 

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz