Menu

Relacja ze ścieżki ognia – oczami uczestniczki

  • 14457282_10210754194756708_5976202786726588551_n„Było deszczowe środowe popołudnie. Jesienna mżawka uporczywie wpadała za kołnierz kurtki i prosto w oczy uniemożliwiając odnalezienie w ciemnościach celu. Ale oto jest. Przede mną ukazała się ścieżka ze świeczek. Z ulicy, przy której zostawiłam samochód poprowadziła mnie wprost między krzaki, drzewa a finalnie na niewielką polankę, na której już zgromadzili się ludzie. Niektóre twarze znane mi doskonale, inne zupełnie nowe. Na wszystkich jednak malowała się ekscytacja, zdenerwowanie lub przynajmniej zaciekawienie. Spotkaliśmy się wszyscy na tej polance, żeby doświadczyć czegoś nowego-tego wieczora mieliśmy przebyć ścieżkę ognia. Chwilę staliśmy, rozmawialiśmy, żartowaliśmy. Było trochę rąbania drewna, trochę przenoszenia go z miejsca na miejsce. To wszystko zostało przerwane przez mistrza ceremonii- Jana Szeligę, który wyłonił się spośród drzew. Przedstawił się wszystkim i bez większych ogródek zarządził przygotowanie terenu do ceremonii. Gdy szkielet ogniska został rozstawiony i zapłonął ogień mogliśmy się przedstawić, opowiedzieć o tym, co nas przywiodło w to miejsce i czego się spodziewamy. I jak zwykle: ilu ludzi- tyle powodów. Niektórzy byli po prostu ciekawi, inni chcieli pokonać lęk, jeszcze inni szukali jakiegoś wewnętrznego ukojenia. Wpatrując się w ogień i dokładając do niego kolejne szczapki myśleliśmy o tym, z czym przyszliśmy na ścieżkę ognia. Janek objaśnił nam, że ścieżka ognia służy do tego, aby poprzez przejście po niej pozostawić za sobą coś. Jest ona zaczynem do zmian w nas samych. Spisaliśmy więc to, czego chcielibyśmy się pozbyć. Spokojnie, bez  pośpiechu, każdy z nas naskrobał coś na małej karteczce. Podeszliśmy do potężnego płomienia i spaliliśmy je. Wszystkiemu towarzyszyły śpiewy, odgłosy bębna i grzechotek. Ogień płonął a my chodziliśmy boso dokoła próbując się z nim oswoić i zaprzyjaźnić, próbując przekuć słabości w siłę. 14695445_1088445857907907_4692442450051936806_n1Janek okadził nas wszystkich ziołami. Ognisko powoli dogasało a napięcie rosło. Gdy zniknął ostatni płomień Janek rozgarnął żar, układając go na kształt ścieżki. W ciemnościach widać już było tylko mieniące się czerwienią węgielki. To był ten moment. Ucichły wszelkie rozmowy. Zaczęliśmy przechodzić przez naszą ścieżkę ognia. Jeden po drugim, kolejno, gęsiego, krok po kroku. Nie było tu miejsca na zawahanie się, na zmianę decyzji. Trzeba było stawić  czoła wyzwaniu. Na końcu ścieżki czekał na nas mistrz ceremonii. Pogratulował, uścisnął. Każdy z uczestników ceremonii mógł przejść przez ścieżkę jeszcze raz, dwa, lub ile razy chciał, co też oczywiście robiliśmy, jakby niedowierzając, że jest to wykonalne. Były pamiątkowe zdjęcia i okrzyki  radości. Po przejściu przez rozżarzone węgle stałam boso na mokrej trawie, wpatrując się w coraz bledsze węgielki i ciesząc się z dokonania  „niemożliwego”. Kolejny demon pokonany. Z tego wszystkiego żal mi chyba tylko tego, że nie mogłam tej chwili celebrować samotnie. Trudno się mówi i idzie się dalej  I tak też zrobiliśmy po zakończeniu ceremonii. Obyśmy spotkali się w innych równie pięknych okolicznościach. „

     

    Monika

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz