Menu

Szkolenia, które ratują życie.

  • 20150116_190617Dym, krzyki, krew i pozorowane trupy-tak zaczęły się Mazury Challenge. To moje czwarte. Wszystkie zaczynają się podobnie, ale przebieg każdych jest zupełnie inny, bo w znacznej mierze zależy od uczestników- od tego co potrafią i ile z siebie dają. Tu nie ma miejsca na opieszałość i bycie pasywnym.  Tu trzeba działać, bo walczymy o siebie i o życie innych. 

    Walka o życie innych? Wyjeżdżając w tym roku do Giżycka jeszcze tak nie myślałam. Byłam skoncentrowana na szkoleniach, które mam przeprowadzić. Obsługa małej agresywnej Suki-Suzuki to moja domena. Jak podnieść autko, wymienić koło, jak odpalić na krótko i jak tę bestię poprawnie prowadzić. To zakres wiedzy, który chciałam przekazać. Nie wiedziałam czego się spodziewać po pozostałych zajęciach, bo program był ściśle tajny. Ach ten fantastyczny element zaskoczenia! Chyba właśnie dlatego byłam już czwarty raz i nadal mi się nie znudziło.

    Tegoroczne Mazury Challenge przyniosły wiele niespodzianek. Coś co większości uczestników przeszkadzało- mnie cieszyło niezmiernie. Brak śniegu. No cóż… bałwana nie dało się ulepić, ale za to było mnóstwo błota. Błoto to to, co kierowcy terenówek kochają najbardziej J Poza tym wbrew temu co większość uważa, trudniej  jest sobie poradzić z noclegiem w deszczu, przy wysokiej wilgotności powietrza, niż przy dużym mrozie. Miał być challenge? No to był.

    Czymże byłby ten wyjazd, gdyby nie zmagania się z lodem. Mieliśmy okazję poczuć na własnej skórze co odczuwa człowiek, pod którym załamuje się lód. Mogliśmy sprawdzić jak nam idzie wydostawanie się z przerębla w tych cholernie ciężkich i mokrych ubraniach. Och ile te buty nagle ważą! Zbudowaliśmy awaryjne schronienie, w którym moglibyśmy przeczekać noc gdyby jakieś licho wypchnęło nas w nieznane. Ba, użyliśmy tylko naturalnych materiałów. Efekt był całkiem niezły. To jednak wszystko pikuś w porównaniu z TYM. TYM najważniejszym. TYM, co w sumie było mi już doskonale znane a jednak miało mi się przydać wkrótce.

    Otóż Mazury Challenge to dla mnie głównie szkolenia z pierwszej pomocy. Stąd ta krew i trupy na „dzień dobry”. Przez cały wyjazd w mocno intensywny sposób uczymy się od ratowników z krwi i kości jak się zachować, co robić, jak reagować, gdy spotkamy na swojej drodze człowieka potrzebującego pomocy. Suche wykłady, jakie pamiętam z kursów PCK nijak się mają do tego, co robimy w ciągu tego szalonego weekendu. Uczymy się na sobie wzajemnie. Raz leżysz i udajesz trupa a chwilę później wcielasz się w rolę ratownika i próbujesz ocalić komuś życie. Jak bardzo trzeba się było nagimnastykować, żeby przenieść człowieka z pobliskiej górki do obozowiska! To tylko w Baywatchu tak pięknie wygląda. To jest ogromna praca i wysiłek całej grupy- całego stada Dejwidów Haselhofów i Pamelek Andersonek. I za to tak naprawdę najbardziej cenię Mazury Challenge. Za to doskonałe, REALNE przygotowanie.

    „Fajnie było”- pomyślałam sobie po powrocie do Warszawy. W poniedziałek ruszyłam do pracy pełna energii i pozytywnego nastawienia. Jestem superhero! Umiem wyjść z przerębla i zjeść posiłek w 2,5 minuty. Nie sądziłam jednak, że będę musiała tak szybko zweryfikować umiejętności nabyte na Mazury Challenge. Siedziałam sobie jak gdyby nigdy nic w jednej z moich kawiarni delektując się pyszną gorącą zupą i bagietką z posypką z sezamu, czosnku i soli morskiej, gdy nagle przez okno zobaczyłam, że po drugiej stronie ulicy leży jakiś facet. Iść? Nie iść? Pewnie pijany. Zupa wystygnie. Ech… no idę, co tak będzie leżał. Pomogę mu wstać. Podeszłam, zagadnęłam, nie odpowiedział. Oko otwarte, twarz rozwalona o schody. Do licha, coś jest nie tak. Gapie się gapią. Przechodnie przechodzą… Założyłam rękawiczki. Miałam je przy sobie. Założę się, że każdy, kto wraca z Mazury Challenge nosi je przy tyłku. Taki nawyk. Rękawiczki to trochę jak taki cylinder, z którego wyciąga się króliki. Gdy ludzie widzą, że je masz, zakładają, że wiesz co robisz. To bardzo pomaga w rozdzieleniu zadań i zdyscyplinowaniu gapiów. Szybki podział ról: ty dzwoń, ty pomóż. Facet leżący na schodach okazał się nie mieć tętna. Im bardziej sprawdzałam- tym bardziej go nie miał. Cholera, On nie oddycha. „Nieeeeeeeee”- to jedyne co mi przyszło do głowy. Potem pomyślałam jeszcze: ”no proszę, nieeee,”. A potem to już samo poszło. Pierwszy raz w życiu wykonałam resuscytację krążeniowo- oddechową. Mężczyzna, o którego życie postanowiłam zawalczyć dwa razy łapał odruch przełykania. Po chwili niestety go tracił i nadal nie oddychał. „O kurczę, On walczy. Powalczę i ja”. Nawet nie wiem ile to trwało. Przyjechała karetka. Przejęli pacjenta. Nie wiem jak dalej potoczyły się jego losy, ale jak go zabierali miał tętno. Oddychał. Czy byłam dumna? Nie. Nie chciałabym być znów  w takiej sytuacji. Ale z drugiej strony bardzo bym sobie życzyła tego, żeby i mi ktoś pomógł jeśli będę kiedykolwiek na miejscu Pana leżącego na schodach. Bardzo bym sobie życzyła, żeby ktoś potrafił ale i tego, żeby się nie wystraszył. Żeby zadziałał odruchowo.

    Myślałam o tym, co mnie odciągnęło od tej zupy i bagietki. To proste. Przez ten szalony weekend powtarzaliśmy pewne czynności i schematy tak często, że weszło mi to w nawyk. Nie mogłam zachować się inaczej. Nie ze względu na moją och jakże wspaniałą moralność i bohaterską postawę, (bo to wcale nie o to się rozchodziło) a ze względu na solidne przeszkolenie jakie otrzymałam. Powiem to głośno i wyraźnie: MAZURY CHALLENGE TO LEKCJA,  KTÓRA RATUJE ŻYCIE. Warto przyłożyć się do szkoleń, bo jest to niesamowita okazja do tego, żeby nauczyć się jak dawać siebie innym – tak po prostu – odruchowo.IMG_9142

    Monika L.

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz