Menu

Szkolenie ratownictwa w warunkach ekstremalnych OFA Przygoda

  • Outdoor First Aid Przygoda

    Borne Sulinowo – miejsce owiane tajemnicą. Niewielkie, zaciszne miasteczko, coraz częściej odwiedzane przez turystów, otoczone lasami, skrywającymi zabytki przeszłości. Tam właśnie, nad brzegiem jeziora Pile, ekipa MedAid przygotowała bazę, dla działań kursantów w projekcie ratownictwa w warunkach ekstremalnych, pod hasłem OFA Przygoda.

    Z czystym sercem mogę napisać, że profesjonaliści z MedAid’u  po raz kolejny stanęli na wysokości zadania, serwując uczestnikom ostrą dawkę pierwszej pomocy w krwawym wydaniu. Znów nie zabrakło wymyślnych pozoracji i nieprzewidywalnych przypadków. Ale po kolei…

    Ekipa, w skład, której miałem przyjemność wejść, dojechała chwilkę po północy w rejon Bornego Sulinowa. Założyliśmy, że skoro przyjechaliśmy przed czasem, nie będziemy niepokoić organizatorów i znaleźliśmy w okolicy miasteczka przyjemny zagajnik, w pobliżu, którego rozbiliśmy na prędko namioty i ułożyliśmy się do błogiego snu. Już tej nocy wiedzieliśmy, że aura nie będzie nas rozpieszczać, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że kolejne godziny przyniosą dalsze załamanie pogody… Myśl przewodnia spotkania brzmiała: „pierwsza pomoc w warunkach ekstremalnych”. Tak, było to atmosferyczne ekstremum. Zamiast oczekiwanego z nadzieją słońca, non stop towarzyszył nam deszcz. Doprawdy, przygnębiające okoliczności. Zmoczony dobytek nie miał okazji wyschnąć należycie przez te trzy dni. Z resztą, odzienie było mokre głównie z wysiłku, więc wodą mało, kto się jednak przejmował… Ekstremum polegało na czymś innym…

    Gdy tylko grupa uczestników spotkała się w umówionym miejscu, zasiedliśmy wygodnie w Landroverze i ruszyliśmy do docelowego obozu. Wesołe rozmowy zapoznawcze w drodze, zostały gwałtownie ucięte, gdy tylko dotarliśmy na miejsce. Chaos i masakra – to właśnie przywitało nas w obozie. Grupa rezydentów musiała ostro szaleć poprzedniego wieczora, bo teraz widziałem człowieka leżącego na wznak z siekierą w plecach, drugi z błędnym wzrokiem sikał krwią z odciętego palca, nieopodal jakiś wariat z konarem w ręku dobijał nieprzytomnego człowieka, który jakimś cudem leżał na pokrywie śmietnika, a tuż obok kobieta z zakrwawioną twarzą i nie dawała oznak życia. „Co tu się k.. dzieje?” – chyba takie, mniej więcej pytanie kołatało się w głowach nowoprzybyłych. Od tej pory cały czas towarzyszył nam element zaskoczenia, chyba w myśl zasady, że „doświadczenie jest najlepszym nauczycielem, bo egzamin daje na początku”.

    Pozoracji, takich jak ta powitalna, nie sposób policzyć. Ich różnorodność pozwalała sprawdzić siebie, oraz kompanów w sytuacjach stresowych. Prawdziwie stresowych, dzięki kolegom z drużyny MedAid, którzy korzystając z własnego doświadczenia dokładnie odwzorowywali zachowania i sytuacje, z jakimi, na co dzień spotykają się ratując życie. Kursanci w śród, których byli podróżnicy, dziennikarze-globtroterzy, wychowawcy, czy instruktorzy sztuki przetrwania, mieli okazję przekonać się, na co naprawdę ich stać. Łatwo jest powiedzieć „umiem udzielić pomocy”, ale także bardzo łatwo to zweryfikować, gdy nagle potężny huk wstrząśnie obozowiskiem pozbawiając dłoni jednych, paląc innych, miażdżąc kolejnych… „Deal with THAT”, jak mawiają anglojęzyczni koledzy. Ewakuacje budynku po wybuchu gazu, wypadki samochodowe, czy ukąszenia lub utopienia – to norma.

    Oczywiście oprócz tak zwanych pozoracji, dostaliśmy pewną dawkę teorii, podawaną na wykładach w obozowych warunkach, przy czym konwencja wykładów znacznie różniła się od tych, które znamy z miejskiego życia. Teoria była niejako uzupełnieniem ćwiczeń, dlatego wiedzieliśmy, czemu mamy udrożnić drogi oddechowe, albo „zawałowca” ułożyć w konkretnej pozycji. Fantomy były w użyciu na każdym wykładzie, wiedza wchodziła po prostu przez palce. Umiejętności, jakie zdobyliśmy, uratują życie nie tylko towarzyszom na szlaku, lub osobom postronnym na ulicy, ale także w domu rodzinnym, gdzie na pewno, nie będziemy oczekiwać biernie przyjazdu karetki.

    Tego co przeżyliśmy, nie sposób zapomnieć. Wciąż mam przed oczami obrazy okaleczonych ludzi, ale razem z nimi wyraźny szkic, drogę, drogowskaz, jak postępować w ekstremalnych sytuacjach. To były czas naprawdę intensywnie spędzony i nie żałuję zni jednej minuty z mojego życia. Nauczyliśmy się polegać na sobie i ufać tym, którym warto ufać. Wiadomym jest, ze człowieka poznajesz po czynach, a nie po słowach – dlatego przyjaźnie, które tam się zawiązały będą trwałe. Może nie będziemy pili herbatki codziennie, ale przypadkowe spotkanie będzie zawsze miłym zdarzeniem.

    Pozdrawiam ekipę MedAid i bądźcie pewni: „I’ll be back”

     

     

     

     

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz