Menu

Szkolenie ratownictwa w warunkach ekstremalnych OFA YETI

  • Outdoor First Aid YETI

    Bezksiężycowa noc, niebo usiane tysiącami gwiazd, mały samochodzik mozolnie wspina się po oblodzonej górskiej drodze, czasem trzeba mu dopomóc siłą mięśni… Gosia i Maciek vel Muamar, trochę się rozbudzili tą gimnastyką. Dojeżdżamy na zaśnieżony szczyt Skowroniej Góry, wysiadamy w poszukiwaniu miejsca biwakowego. Rześkie powietrze sprawia, że włoski w nosie sztywnieją jak zapałki, jeśli nie znajdziemy obozu przyjdzie nam nocować w aucie, lub przy nim. Alternatywą wydają się być XIV wieczne ruiny kościoła z niewielkim cmentarzem, magiczne miejsce…  Zapada decyzja: dzwonimy do Maćka. Jest czwarta rano…

    Obóz okazał się oddalony jakieś 100m od miejsca naszej konsternacji, pośród pozostałości domostw, równie starych jak pochłaniana przez czas świątynia.  Szybko rozłożyliśmy namiot i daliśmy nura do śpiworów, żeby złapać, chociaż kilka godzin snu. Ten sen to był dobry pomysł, bo gdy tylko słońce stanęło nad grzbietami szczytów zostaliśmy zapoznani z topografią najbliższego terenu, panującymi zasadami i rozpoczęły się ćwiczenia. Zaczęliśmy ostro, to chyba odwet za wczesną pobudkę, jaką zafundowaliśmy kadrze, naszym przybyciem…

    Jestem przyzwyczajony, do radzenia sobie w trudnych sytuacjach, przezwyciężania własnych lęków i słabości, – ale na to, co nas spotkało, nie do końca byłem przygotowany. Poradzić sobie samemu z sobą, przyzwyczaić się do zimna, do braku cywilizacyjnych udogodnień, czy do ciągłej utraty energii, to jedno, a zupełnie czym innym jest w tak ekstremalnych, bądź, co bądź warunkach, niesienie pomocy poszkodowanym…

    Organizatorzy zadbali o to, byśmy przez te kilka dni, udzielali tej pomocy non-stop. W myśl przysłowia „Per aspera, ad astra”, praktykowaliśmy najrozmaitsze sytuacje, jakie mogą spotkać podróżnika w obozie, lub na szlaku.

    Instruktorzy najpierw podawali garść teorii, chwilę później odbywały się zajęcia praktyczne, a po nich krótki briefing i omówienie jakości naszych działań.

    Przywracanie życia, opatrywanie okaleczonej przez wybuch kończyny, zabezpieczanie złamań, czy transport poszkodowanych – mnogości przypadków nie sposób wyliczyć, a każdy element powtarzany był wielokrotnie, można by powiedzieć: aż do znudzenia, tylko że ratowanie życia się nie nudzi…

    Proste czynności, jak zabezpieczenie miejsca wypadku, założenie opatrunku, lub transport poszkodowanego, w stroju zimowym i wyrafinowanym terenie przestają być takie proste. Na przykład, zadanie wydaje się być trywialne: przetransportować do obozu poszkodowanego o wadze ok. 70kg. Ileż to razy przerzucałem na macie sparring-partnerów o wiele większej wadze… W górach, w śniegu to zadanie katorżnicze, bez noszy, choćby prowizorycznych i pomocy kompanów wręcz nie-do-wykonania.

    Zespół MedAid zorganizował nam czas tak, że ani się obejrzeliśmy, jak z poranka robił się wieczór. Nie znaliśmy, jak to się mówi,  dnia ani godziny, kiedy coś się wydarzy – cały dzień w ciągłej gotowości do niesienia pomocy i wzmożonego wysiłku. Dzień długi bez końca. W pewnym momencie nawet przestaliśmy wierzyć w zapewnienia Tomka, że to już koniec tzw. Pozoracji. To dobra szkoła. Taką szkołę powinien przejść każdy, kto idzie tam…

    Ciepłe ognisko ogrzewa nasze twarze, ciepła herbata grzeje od środka, a tu nie ma alarmu, nikt nie krzyczy – cud, coś niespotykanego. Na twarzach uczestników jeszcze przez chwilę rysuje się niedowierzanie, czy to już koniec, czy to tylko cisza przed kolejną burzą? Ha! To już meta, już Tomek rozdaje certyfikaty, koledzy z kadry pstrykają fotki, nagrywają filmy, wszyscy się rozluźniamy. Ten wieczór spędziliśmy wesoło, w końcu zmęczenie dało mi się we znaki, a braki energetyczne kazały mi wejść do ciepłego śpiwora. Kolejny dzień to czas rozstania z towarzyszami, kilka godzin za kółkiem i powrót do cywilizowanej rzeczywistości, echh.. tego kawałka nie lubię…

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz