Menu

Welcome to Jordan – trekking po Wadi Rum

  • trekking po Wadi RumTrekking po Wadi Rum

    A co byś powiedział na taką sztukę przetrwania, gdzie masz wrażenie, że wszystkie otaczające Cię czynniki sprzysięgły się przeciwko Tobie? Gdyby słońce bezlitośnie paliło Ci twarz a w obrębie kilku kilometrów nie byłoby cienia? Gdyby buty ciążyły jakby były z betonu i nie miał byś sił podnosić nóg? Gdyby wzrok nie mógł wyłowić na horyzoncie żadnej jadalnej rośliny i żadnego zwierzęcia, na które mógłbyś zapolować i się nim pożywić? Gdyby w gardle paliło tak okrutnie jakbyś przełykał tłuczone szkło i nie miał byś ani kropli wody? Gdybyś znalazł się poza zasięgiem sieci i poza zasięgiem wzroku innych ludzi? A co byś powiedział, gdyby każdy kolejny krok wyznaczał nową granicę Twoich możliwości? Trekking po Wadi Rum?

    Ja bym powiedziała: „idę w to”. I powiedziałam. I poszłam.

    Decydując się na kilkudniowy trekking po pustyni Wadi Rum nie wiedziałam czego mam się spodziewać. To moje pierwsze doświadczenie z takim klimatem. Uczucia, które jeszcze dziś mną targają są kompletnie skrajne. Tylu emocji, które towarzyszyły tej wyprawie dawno nie doświadczyłam. To taka dwubiegunowość absolutna. Od zachwytu i euforii po załamanie i rezygnację. Było pięknie i było ciężko.

    Było ciężko

    Budzę się rano. Na tyle wcześnie, że słońce nie doskwiera jeszcze aż tak bardzo. Gdzieś tam 4000km za mną i kilka dni wstecz zostało moje wygodnie łóżko. Skała, na której dziś spałam zdążyła przez noc wystygnąć dając miły chłód i nadzieję na lepszy dzień. Biodra bolą od braku miękkiego materaca, w nogach czuję kilometry, które wczoraj przeszłam, w głowie dziwny szum zwiastujący pewnie odwodnienie. Wokół mojego prowizorycznego legowiska szukam kubka z wczorajszą beduińską przesłodzoną herbatą. Może został chociaż łyk? Niestety. Nie został. Próbuję nieudolnie wygramolić się ze śpiwora. Wytrzepuję z butów piach i duże czarne mrówki o nogach tak długich, że wyglądają, jakby chodziły na szczudłach.

    ciężki poranek
    Cisza przed burzą

    Wokół mnie cisza niemalże absolutna. Żadnego śpiewu ptaków, szemrania strumyka, szumu drzew. Pustynia jest cicha. Patrzę na moich przyjaciół i towarzyszy podróży. Wszyscy jacyś tacy nadąsani, zamyśleni, wyciszeni. Albo zaczęliśmy już się wtapiać w pustynie i tak jak ona milkniemy albo po prostu wszyscy mamy podobnie udany poranek. Szybkie zwijanie śpiwora, pakowanie butelek z wodą i znów ruszamy. Dziś plecak zdaje się być jeszcze cięższy niż wczoraj. Jak to możliwe? Przecież nic nie dokładałam. Sprzętu mam minimalną ilość i wszystko super-extra-hiperlight. Jedzenia niedużo, ubrań kilka na krzyż, jakiś krem z filtrem, szczoteczka do zębów. Zdaje się, że to moje własne zmęczenie dopakowało mi do plecaka kilka kilogramów więcej. Trudno. Staram się o tym nie myśleć. Idę.

    Atak piachu i palące słońce

    Nogi zapadają się w sypkim gruncie. Buty nabierają piachu każdym możliwym mikrootworkiem. Górą, bokiem, przodem. Piach atakuje z każdej strony. Po chwili mam wrażenie, że w moich butach nie ma już miejsca na stopy. Ucisk staje się najpierw irytujący a potem nieznośny. No przecież nie zatrzymam się teraz i nie będę wysypywać. Tym bardziej, że okrutne słońce postanowiło właśnie wejść w zenit. Jeszcze godzinę temu szłam skrywając się w cieniu rzucanym przez jednego z moich współtowarzyszy. Teraz jest to już niemożliwe. Docieramy do jakiejś skały. Pięknie wydrążonego przez wiatr piaskowca. Wygląda trochę jak gigantyczny domek dla lalek. Wszędzie zakamarki i wyżłobienia przypominające małe pokoiki. Tu odpoczniemy kilka minut. Napijemy się wody, wrzucimy na ruszt jordańskiego batona lub puszkę tuńczyka, wytrzepiemy piach z butów i polecimy dalej. Tak chodzimy cały dzień. Wypadałoby przeczekać największy upał, ale szkoda nam czasu. Kilometry same się nie zrobią. Na którymś z kolei postoju mam serdecznie dosyć. Plecy i kolana bolą mocno. Każdy kolejny krok jest katorgą.

    Szaleństwo

    Wyrzucam część jedzenia. Trudno się mówi. Będę głodna, ale może choć odrobinę uda mi się podnieść mój komfort (o ile takiego stwierdzenia w ogóle można użyć w tych okolicznościach). Nie wiem nawet, czy pozbycie się prowiantu cokolwiek dało. Jest mi w sumie już wszystko jedno. Niech ten dzień się skończy. Niech już zajdzie słońce. Niech ten przeklęty piekarnik w końcu odpuści. Chcę zdjąć buty i plecak. Teraz! Natychmiast! Tymi moimi małymi i nieporadnymi krokami zbliżam się do wieczora. Przeklinam głośno te wszystkie odcinki wędrówki, które były pod górkę. Przeklinam też piaskowce, które zdawały się być tuż obok a okazało się, że żeby skryć się w ich cieniu musiałam iść kilka godzin. Tutaj na Wadi Rum odległość wymknęła się spod jakiejkolwiek kontroli i szydzi sobie z naszych norm. Jordański kilometr zdaje się mieć co najmniej pięć naszych polskich.

    Nocleg na pustyninocleg na Wadi Rum

    Znaleźliśmy miejsce na nocleg. Znowu po zmroku. Jeszcze tylko pozbieram drewno na opał i będziemy mogli usiąść razem przy aromatycznym ognisku i napić się tej piekielnie przesłodzonej beduińskiej herbaty, którą tak wszyscy pokochaliśmy. To nasze drewno to też przekleństwo. Suche i kostropate krzaki, które bezlitośnie wbijają się w palce i kaleczą całe dłonie. Teraz nie ma już żadnej części na moim ciele, która by mnie nie bolała. Siedzimy, gapimy się to w mrok to znowu w jaskrawe płomienie. Jaka to ulga. Przyjemnie chłodny wiatr kontrastuje z rozgrzanymi skałami. W końcu jest przyjemnie. Odgarniam nogą kamienie, rozkładam śpiwór i mrużę oczy. Pod senne powieki wkrada się ostatni widok dnia dzisiejszego- miliony gwiazd wiszących bezwładnie na niebie.

    Było pięknie

    skalne formy na Wadi RumWszystkie dni spędzone na pustyni trzymałyby się tego schematu, gdyby nie elementy wręcz baśniowe, które zaskakiwały i zdumiewały nas raz po raz. Gdzieś między zmęczenie a odwodnienie wkradły się wydarzenia, za które będę wdzięczna losowi do końca życia. Nigdy nie zapomnę pierwszej nocy na Wadi Rum. Wspięliśmy się na niewielką skałę spękaną od słońca. Wyglądała, jakby ktoś ułożył na niej terakotę- piękne i równe kafle. Na szczycie sezonowe deszcze wyżłobiły coś na kształt miski, w której gromadzi się woda. Leżeliśmy tak w trójkę i gapiliśmy się w gwiazdy a one jak oszalałe spadały z nieba. Ileż ja życzeń wtedy wypowiedziałam! I jaka piękna i namacalna zdawała się być droga mleczna! Zapamiętam te wszystkie niesamowite skały, nad którymi przez miliony lat pracował wiatr- wytrwały rzeźbiarz. One są jak chmury- widać w nich kształty zwierząt i ludzkie twarze. Pieczołowicie wydrążone zakamarki, szczeliny i jamy dają cień i schronienie dla wielu zwierząt.

    Pustynia żyje

    Tak- zwierząt, bo pustynia wręcz tętni życiem.Wystarczy spojrzeć pod zbolałe nogi, żeby zobaczyć ogrom śladów jakie zostawiały mrówki, żuki, pszczoły, jaszczurki, skorpiony, lisy, kozy, wielbłądy, ptaki. Te ostatnie uwielbiały harcować w okolicach skał dając wspaniałe koncerty. Pamiętam też źródła ukryte gdzieś w skale. Wchodziło się tam jak do piwniczki. Wysoki schodek w dół i jesteś w jaskini, której dno wypełnia pyszna zimna woda a ściany pokryte są paprociami i inną roślinnością. Właśnie tam, w tych pięknych okolicznościach przyrody urządziliśmy spektakularne polowanie na węże. Jeden z nich stał się później naszą kolacją. A już następnego ranka urządzaliśmy pościgi za skorpionami. Szkoda, że nie udało nam się jednak przyrządzić w popiele naturalnej szczepionki ze skorpiona według beduińskiego przepisu. Szukając odpoczynku i kojącego cienia natknęliśmy się na staroarabskie pismo i ryciny wyryte w skałach. Ba, na jednej była wydrążona cała karawana wielbłądów i wskazówki dotyczące podróżowania po okolicy. Jak się potem okazało dzieła te mogły mieć nawet 3000 lat.

    Echa pustyni

    Niesamowite jest poczuć tak mocno ducha przeszłości tułającego się wśród tych skał. Do tego jeszcze garść opowieści o przodkach, starych beduińskich podań i baśni jakie zafundował nam nasz przyjaciel Ali i człowiek czuje się związany z tym miejscem na zawsze. Z uśmiechem wspominam noc spędzoną w jaskini w kształcie serca. Byliśmy zasłuchani w arabskie piosenki, roześmiani i beztroscy. Nie sposób opowiedzieć wszystko co tam widziałam. Szczerze miałam wrażenie, że to nie może dziać się naprawdę. Uwierzyłam, że to piękny sen i miałam nadzieję, że nigdy się z niego nie obudzę.. Zapamiętam arbuzy pustyni, kwiaty, skisłe kremy z filtrem, jedzenie z jednej michy, „skarabeusze”, dobrych ludzi jakich tam spotkaliśmy, brzmienie wieczornych modlitw naszych muzułmańskich przyjaciół, kameleona, termitiery, zatykające dech w piersi zachody słońca, chwile medytacji i zadumy, salwy śmiechu, spory, które teraz wydają mi się być śmieszne, beduiński czajnik do parzenia herbaty, piosenkę o czerwonym samochodzie, wąwozy, kaniony, góry, diuny i gładkowiaki.

    Determinacja

    Fakt jest taki, że gdyby nie nasz upór i determinacja nie doświadczylibyśmy tak wielu rzeczy. Gdybyśmy nie mieli tyle samozaparcia i chęci doświadczania nowego nie trafilibyśmy na tę istną ucztę dla zmysłów. Każdy kolejny krok, choć tak trudny i męczący przynosił niesamowitą nagrodę. A może właśnie jest tak, że im bardziej cisną nas buty, tym bardziej zachwyca nas to co postawił przed nami los? Może im cięższy jest nasz bagaż tym mocniej staramy się go donieść do celu? Naprawdę warto przekraczać swoje granice, ustanawiać nowe i uparcie sprawdzać co na nas czeka za rogiem.

     

     

    Udostępnij...Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on VKShare on Tumblr
  • sprzęt turystyczny

    Zapisz